zaglebie-lubin.net


Internetowe Forum Kibiców Zagłębia Lubin - to już 10 lat z Wami!
Teraz jest 2018 lis Pn 19, 20:37

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: Jędrzej Kędziora
PostNapisane: 2007 cze Śr 06, 10:33 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2004 cze Cz 03, 13:04
Posty: 5227
Lokalizacja: LUBIN
Mistrz Polski 2007 r. i 1991r. - krótka cahrakterystyka opracowana przez Jakuba Staronia i Wacława Wachnika

Jędrzej Kędziora: (trener bramkarzy) Bardzo pozytywnie usposobiony do otoczenia, wyluzowany, a przy tym kompetentny. Przez wiele lat bronił barw Zagłębia Lubin, wszakże rzadko udawało mu się na stałe wywalczyć bluzę z numerem jeden.Trzeba jednak przyznać, że miał godnych konkurentów w osobach: Mirosława Dreszera, Piotra Lecha, Roberta Mioduszewskiego, czy Kazimierza Sidorczyka. Przez kibiców był jednak bardzo lubiany ze względu na swoje przywiązanie do lubińskich barw. Nie udało mu się zanotować z Zagłębiem większych sukcesów jako piłkarz, dlatego zamarzył je sobie już w charakterze szkoleniowca. W trakcie sezonu bardzo przeżywał każdy pojedynek z udziałem lubińskiej jedenastki. Jednak było warto. - Powoli dochodzę do siebie – tak ze śmiechem odpowiedział na pytanie, jak się czuje po sobotnim sukcesie piłkarzy Zagłębia. - Już w pierwszym roku pracy trenerskiej udało mi się zdobyć mistrzostwo. To oczywiście mój największy sukces sportowy. Aczkolwiek byłem już w Lubinie w 1991 roku. W dwóch meczach siedziałem na ławce rezerwowych. Piłka nożna nie była wtedy tak medialna i to wszystko nie wyglądało tak kolorowo. Cieszę się, że mam już dwa złote medale. Są one ukoronowaniem mojego długiego pobytu w klubie. Tych krążków mogłoby być więcej, ale nie mam też, co narzekać. Dwadzieścia jeden lat pobytu w Zagłębiu i dwa złote medale – całkiem niezły bilans – opowiada szerzej o swoich emocjach. Jędrek to pasjonat polskiej piłki. Interesuje go wszystko, co jest z nią związane. To także konsekwentny i pracowity człowiek. Na jego konto, jako trenera bramkarzy, można zapisać świetną formę prezentowaną przez Michala Vaclavika. To bowiem „Kęda”, opiekun bramkarzy, decydował, który z trójki testowanych graczy (Vaclavik, Wojciech Kaczmarek, Martin Miszczyk) zostanie w Lubinie. - Musieliśmy podjąć decyzję właściwie po jednym treningu. Potrzebowaliśmy szybko drugiego bramkarza. Na domiar złego okazało się, że Mariusz Liberda złapał kontuzję w spotkaniu z Odrą Wodzisław. Do mnie trenerzy skierowali pierwsze pytanie o przydatność tych trzech zawodników. Najlepsze wrażenie na mnie wywarł Vaclavik. Imponował spokojem, dobrą techniką i niezła grą na przedpolu. Reszta sztabu szkoleniowego była podobnego zdania – mówi o powodach, dla których zdecydował się na Czecha. Tuż przed startem rundy rewanżowej także w głównej mierze od niego zależało, kto stanie między słupkami. – Mam swojego faworyta – mówił z tajemniczym uśmiechem. Wiosną bronił Vaclavik. A jak, to wszyscy widzieli.
Jędrek to zapalony fan zespołu Lady Pank. Jak sam mówi, gdyby nie grał w piłkę, to najpewniej zostałby muzykiem.


Źródło: http://www.zaglebie-lubin.pl/www/index.php?id=prasa&art=156

_________________
www.forum-soccer.home.pl

www.mkszaglebie.pl
www.zaglebie.org

Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 2007 wrz Śr 19, 21:45 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2005 paź So 01, 14:23
Posty: 438
Lokalizacja: Lubin
Nie był może bramkarzem wybitnym, którego wspaniałe mecze będą jeszcze przez wiele lat wspominać kibice w Polsce. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że wielu, zwłaszcza młodszych fanów, może go w ogóle nie kojarzyć. Jakkolwiek jest spora grupa kibiców, która doskonale pamięta, że Jędrzej Kędziora przez kilkanaście lat reprezentował barwy naszego klubu, był - i nadal jest - z nim mocno emocjonalnie związany, a szczególnym uczuciem darzył Zagłębie nawet wówczas, gdy przez działaczy klubu został odsunięty na boczny tor...



- Nawet, gdy fizycznie mnie w Lubinie nie było, to jednak cały czas myślami byłem przy klubie, bacznie śledząc jego losy. Wierzyłem, że jeszcze do Zagłębia wrócę - mówi Jędrzej, który po raz pierwszy przekroczył siedzibę klubu w 1986 roku. Jego kariera, mimo braku spektakularnych sukcesów, była barwna i obfitująca w ciekawe wydarzenia i spostrzeżenia, jakie nasz bohater poczynił. Jest on bowiem człowiekiem, który z bliska przyglądał się dwóm największym sukcesom w historii klubu, więc może pokusić się o ocenę pracy dwóch znakomitych szkoleniowców, Stanisława Świerka i Czesława Michniewicza, którzy z "miedziową" jedenastką sięgali po tytuły Mistrza Polski. Choćby dlatego, choć nie jest to jedyny powód, warto było Jędrzeja zaprosić do rozmowy. - Zastrzegam, że wszystkiego nie powiem, bo mam zamiar kiedyś napisać książkę - mówi ze śmiechem nasz rozmówca, który w części pierwszej opowie nam o swojej karierze.

Pamiętasz swój pierwszy trening?
- Nie. Bardziej pamiętam to, w jaki sposób rozpoczęła się moja przygoda z piłką. To były szkolne zawody piątych klas, choć wówczas ja byłem w klasie czwartej. Wówczas, choć także i dziś, panowała zasada: jesteś najmłodszy, albo stoisz na bramce, lub nie grasz wcale.

- Jest też taka zasada: najsłabszy na bramkę.
- (śmiech) Nie, nie, mówmy poważnie. Jeśli chodzi o usportowienie, to byłem jednym z lepszych w swoim roczniku. Lecz przede wszystkim, chciałem grać. Jeden z kolegów mieszkających niedaleko mnie zaproponował mi dołączenie do drużyny, choć już na wstępie zastrzegł, że brakuje im bramkarza i to do gry na tej pozycji jestem przewidziany. Mnie to jednak odpowiadało, dlatego zgodziłem się. I tak to się właśnie zaczęło. Nigdy nie grałem w polu, zawsze byłem bramkarzem. Nie bez znaczenia w moich początkach uganiania się za piłką był też fakt, że dzięki występom byłem zwalniany z lekcji. (śmiech) Szło mi nieźle, a że trenerami w klubach zazwyczaj byli nauczyciele, to wkrótce dostałem propozycję rozpoczęcia zajęć w klubie.

I tak trafiłeś do Kani Gostyń?
- Tak i nieźle się tam prezentowałem.

Czy w grupach młodzieżowych, czy później seniorach Kani grałeś z zawodnikami, którzy później wypłynęli gdzieś na szersze wody?
- Oczywiście. Można powiedzieć, że to właśnie ja byłem jednym z pierwszych, którzy osiągnęli pierwszoligowy poziom. Choć pamiętam, że przede mną do najwyższej klasy rozgrywkowej trafił z Kani taki zawodnik o nazwisko Kręgielczak, który przeszedł do Warty Poznań. Natomiast ze mną trenowali Andrzej Juskowiak, którego nie trzeba specjalnie przedstawiać, Krzysiu Michalski, znany z występów w Pogoni Szczecin, Darek Walczak próbujący później sił w Śląsku i Roman Frydryszak. Wszyscy oni trafili do dobrych klubów. W czasach, gdy ja byłem już w Lubinie, w połowie lat dziewięćdziesiątych przyszedł do nas także Rafał Naskręt, który później z kolei przeszedł do Śląska Wrocław. Muszę przyznać, że w Gostyniu był dobry klimat do piłki. Tam zawsze ktoś się urodził. Ja jako piętnastolatek wyjechałem do Lubina, z kolei rok po mnie Andrzej przeszedł do Lecha Poznań. A z kolei rok po Andrzeju Darek Walczak trafił do Śląska.

A dlaczego zdecydowałeś się na grę akurat w barwach Zagłębia Lubin, a nie Lecha. „Kolejorz” i Poznań jest przecież bliżej Gostynia…
- Faktycznie, mieszkałem blisko Poznania i nierzadko jeździłem do tego miasta, by z trybun dopingować Lecha. Byłem między innymi na wielu ciekawych spotkaniach, w tym na mecz z Atlethic Bilbao. Już jednak kiedy Lechici grali słynny mecz z Barcelona, to byłem już piłkarzem Zagłębia. Przyznam jednak szczerze: byłem kibicem Lecha. A dlaczego związałem się z Zagłębiem? Wyszło to tak, że od piętnastego roku życia byłem w reprezentacji Polski. Kiedy grałem jeszcze w Gostyniu, dostałem powołanie na konsultację. Z ośmiu testowanych bramkarzy, ostałem się ja i Alek Kłak. Później do naszej dwójki doszedł jeszcze Artur Sejud, znany później z gry w Płocku. Utworzyliśmy trójkę bramkarzy, która dość mocno „ścierała” się ze sobą, walcząc o miano numeru jeden. Przez trzy lata, praktycznie bez żadnej przerwy, jeździłem na zgrupowania kadry. Wówczas ktoś mnie namówił do tego, żebym złożył wszystkie papiery do Śląska Wrocław, tym bardziej, że wrocławianie mnie chcieli. Szczególnie do tego transferu namawiał mnie były ligowiec, Mirek Drączkowski. Pojawiła się także oferta z Lecha. Jednak pewnego razu, gdy gościłem w PZPN-ie, natknąłem się na Pana Jarguza. Jak powszechnie wiadomo były arbiter międzynarodowy, a obecny wówczas Dyrektor Zagłębia. Postawny facet stanął przede mną i…jak nie ryknie! – Co Ty, młody! Jaki Śląsk?! Do Lubina idziesz, tam budujemy zespół z perspektywami! Przełknąłem ślinę i skruszony, ściszonym głosem, odpowiedziałem: Dobrze proszę Pana… I w ten sposób znalazłem się w Zagłębiu.
Jarguz miał charyzmę. Zaczął klarować, że w Lubinie buduje się ciekawy zespół z dużymi perspektywami na przyszłość. Twierdził, że klub zapewni mi solidną opiekę i mam sobie ten Śląsk wybić z głowy. I tak się stało. Nie bez znaczenia był fakt, że podczas gdy przebywałem na jednym ze zgrupowań reprezentacji, działacze Zagłębia z Jarguzem na czele przyjechali do mnie do domu . Rodzice opowiadali mi, że gdy Pan Alojzy, będący na czele tej delegacji, wysiadł z białego poloneza, to na zebranych wokół ciekawskich, zrobiło to spore wrażenie. Bądź co bądź przyjechał do nas znany sędzia międzynarodowy. Jego przyjazd wywołał poruszenie w bloku, w którym mieszkałem. Nic więc dziwnego, że Jarguz przekonał moich rodziców, tym bardziej, że miał umiejętność wywierania wrażenia na rozmówcach. To była krótka piłka – zabieramy syna, dajemy mu to, to i to. Zapewniamy szkołę, internat, jedzenie i pieniążki, które będą wpłacane na książeczkę. Rodzicom się to podobało. Także dlatego, że trener Marian Putyra, zajmujący się wówczas juniorami, obiecywał dodatkową opiekę. Rodzice się zgodzili.

Od razu trenowałeś z pierwszym zespołem?
- Nie, nie. Najpierw , czyli w 1986 roku trafiłem do juniorów, w których grałem w grupie prowadzonej przez trenera Jerzego Fiutowskiego. I tak, przez kilka miesięcy byli to juniorzy młodsi, później trafiłem do starszej grupy, pod skrzydła wspomnianego trenera Putyry.

A kiedy w końcu załapałeś się do seniorów?
- Pierwszy trening z zespołem odbyłem w 1988 roku. Zagłębie spadło wówczas z pierwszej ligi, ale montowało drużynę na awans. Na pierwszym zgrupowaniu, na jakie pojechałem, byliśmy w Niemczech.

Jakie to było wrażenie, wejść do szatni zawodników, którzy zostali ściągnięci z całej Polski po to, by stworzyć najlepszy – przez szesnaście lat - zespół w historii Zagłębia?
- Przede wszystkim trzeba nadmienić, że do ich dyspozycji były dwie szatnie. Było tylu piłkarzy, że nie mieściliśmy się w jednej. Nie zauważyłem jednak większych podziałów w zespole. W tej szatni, w której ja się przebierałem przez moment byli jeszcze Jarek Chwaliszewski i Adam Zejer, a więc zawodnicy z tzw. starszyzny. Oczywiście, trzeba było jednak odpowiednio się zachować, okazać im szacunek. Jak wchodziłem pierwszy raz , to ładnie powiedziałem: Dzień dobry. Inaczej nie wypadało, gdyż dzieliła nas spora różnica wieku.

Jak młokos, taki jak ty, był traktowany przez starszych kolegów?
- Nie ma co ukrywać, moja pozycja w drużynie na początku była taka, że oprócz wspomnianego szacunku, musiałem nosić sprzęt. Nie jest tajemnicą, że dziś atmosfera w szatni ligowego zespołu w Polsce jest bardziej za zachodnią modłę. Zanikają bariery między młodzieżą, a starszyzną, obowiązuje kumpelstwo. A kiedyś? Pamiętam, że po jednym z sezonów była zaplanowana impreza pożegnalna. Taka biesiada, na którą przychodziło się z żonami, partnerkami. Teraz to normalne, że każdy zawodnik w drużynie w niej uczestniczy, ale ja poszedłem do Romka Kujawy i zapytałem: Czy ja też mogę przyjść?

I co powiedział?
- „Jasne, przyjdź.” Jednak nie wyobrażałem sobie, że wypada mi przyjść na ten bankiet tak bez pozwolenia. Przez pewien czas wahałem się, czy starszym zawodnikom mówić: dzień dobry, czy witać się z nimi po koleżeńsku „cześć”. Dopiero z czasem przyzwyczajałem się do tej drugiej formy. Przywitałem się w ten sposób raz, drugi i trzeci, a że nie natrafiłem na opór, czy burę z ich strony, to zdecydowałem się mówić mniej oficjalnie. Jednak mimo to na obozach przygotowawczych, w których brałem udział, czekał mnie obowiązkowy chrzest. Ale nie jeden. „O młody, Twój pierwszy obóz!” – ktoś rzucał. Kilkanaście dni później jedziemy, przykładowo, poza Polskę. „O młody, Ty z nami pierwszy raz zagranicą!” – ktoś zauważył. I jazda. Pierwszy obóz zagraniczny, pierwszy zimą, pierwszy latem. Za każdym razem czekał mnie, jak również każdego młodego, chrzest. A z grubsza polegało to na pisaniu jakichś głupot, opowiadaniu dowcipów i piciu okropnych mikstur, składających się z tego, co akurat było pod ręką. Byli tacy, którzy się wtedy obrażali, jeszcze inni mieli łzy w oczach – to zależy od człowieka. Uważam jednak, że ten chrzest to nie była tylko zabawa. To była także doskonała próba charakteru. Bo taki trener siadał sobie z boku, patrzył i analizował. „Acha, ten mięknie, to jest słaby psychicznie”. W ten sposób szkoleniowiec mógł w pewnym stopniu poznać podopiecznego.

Doświadczyłeś wówczas jakichś przykrości?
- Nie! Choć przyznam, że miałem trochę szczęścia, gdyż w moim odczuciu chyba byłem lubiany i dlatego starsi traktowali mnie ulgowo. Wybierało się zawsze ojca chrzestnego, który przytrzymywał, żeby „ chrzczony” delikwent nie wypadł przypadkiem przez okno. Bo po klapsie od takiego Gienka Ptaka, który miał potężną „parę” w rękach, to istniało takie niebezpieczeństwo. Teraz czegoś takiego nie ma, nikt nie wpadnie na pomysł, żeby zrobić taki chrzest. Szkoda, to była kupa śmiechu.

Właśnie. Nie odnosisz takiego wrażenia, że kiedyś atmosfera w szatni była bardziej rodzinna. Dziś zawodnicy są profesjonalistami, mają kontrakty i po treningu, czy meczu jadą prosto do domu…
- To prawda, ale od tej tendencji nie ma już odwrotu. Kiedyś nie było takich pieniędzy, jakie teraz są w piłce, nie było takiej medialności tego sportu. Często relację z meczu pisał ktoś, kto w ogóle nie widział spotkania. Połowa tekstów to były wymysły, mylono asystentów, strzelców bramek. Dziś piłka, także w Polsce ma zupełnie inną otoczkę.

Jak oceniasz trenera Stanisława Świerka, z którym pracowałeś przez pewien okres? Pytam, ponieważ nieżyjącego już trenera uznaje się za najlepszego w historii naszego klubu…
- To była dla mnie szkoła. Dla trenera Świerka młody był od noszenia sprzętu, to na młodym można się było wyładować. Albo to przeżyłeś, albo „popłynąłeś”. Dostajesz od szkoleniowca kopa w tyłek, to musisz sobie z tym poradzić. Zacisnąć zęby, pokornie się odwrócić i pracować. Jak powiedziałem, albo jesteś twardy, albo ciebie nie ma. Z tego okresu pamiętam zabawną sytuację. W kadrze było wówczas trzech bramkarzy: „Koszyk”, czyli Krzysiu Koszarski, Jarek Bako, a ja byłem tym trzecim. Graliśmy mecz sparingowy z jakąś drużyną i po cichu liczyłem, że będę grał. I tak siedzimy na odprawie przedmeczowej, słucham trenera w skupieniu, on mówi: Krzysiu to, Jarek to, a ty młody wejdziesz jak będzie 5:0 dla nas. No i śmiech w szatni na całego, jest młody gościu do polewki. Po takich sytuacjach żal pozostawał, ale nie można było się załamywać. W trudnych chwilach pobrzmiewały mi w uszach słowa trenera Pamiętam słowa trenera Putyry, które wypowiedział, gdy grałem jeszcze w juniorach. „ Każdy trener ma w sobie dobre cechy, nie tylko te złe i zawsze starajcie się wyciągnąć z niego przede wszystkim to, co ma on w sobie dobrego”. Trener Świerk bazował na atmosferze w szatni i w ten właśnie sposób go zapamiętam. Kiedy odchodził, to większość zawodników pojechało do domu i chciało, żeby jeszcze to przemyślał i ostatecznie wrócił. Na temat metod treningowych nie chcę się wypowiadać. Nie chce ich oceniać przez pryzmat tego, jak teraz szkoli się zespoły, czasy się przecież zmieniają. Poza tym ważny jest skutek, jaki odnoszą stosowane metody, a w przypadku trenera Świerka, który bazował na atmosferze, pojawiły się sukcesy. Tak, atmosfera była kluczem do sukcesu. „ To są moje dzieci i nikt nie ma prawa ich ruszyć” – mawiał ten zasłużony szkoleniowiec.

O trenerze Świerku mówi się z takim namaszczeniem, bowiem podłożył podwaliny pod ten pierwszy, historyczny sukces Zagłębia w lidze…
- Oczywiście i nikt mu tego nie zabierze. Każdy trener ma swoje metody pracy i rozlicza się go z wyniku. On pracował tak, jak mógł. Pamiętajmy, że stworzył nowy zespół z nieznanych wcześniej zawodników, którzy wyróżniali się gdzieś tam w drugiej lidze. Janusz Kudyba, Jarek Góra, Andrzej Wójcik. To nie byli gracze, którzy znajdowali się na ustach kibiców w całym kraju. A mimo to trener Świerk stworzył właśnie z takich piłkarzy ciekawy i przede wszystkim skutecznie grający zespół. I niebawem nastąpiły trzy wspaniałe lata – najpierw awans do ekstraklasy, rok później z rozpędu wicemistrzostwo, a kolejne rozgrywki zwieńczyliśmy w glorii Mistrzów Polski. To nie stało się przez przypadek, a koncepcja obrana przez trenera okazała się słuszna. Oczywiście, w dzisiejszych realiach takie podejście by nie przeszło, ale w chwili obecnej to już nie jest istotne. Liczą się fakty.

Na polskiej karuzeli trenerskiej są jeszcze tacy szkoleniowcy?
- Może i są, ale ja nie chcę się na ten temat wypowiadać. Żeby o kimś cokolwiek mówić, trzeba daną osobę poznać, popracować z nim.

Pamiętasz Twój pierwszoligowy debiut?
- 17 października 1992 roku. Dodam, ciekawy klub. Szombierki Bytom, spotkanie wyjazdowe. Pamiętam jakby to było dziś. (śmiech).

Kiedy dowiedziałeś się, że zagrasz?
- Szczerze powiem, że nie pamiętam, jakie były wtedy okoliczności. To było za czasów trenera Janusza Płaczka. Jarek Bako odszedł do Turcji, a ja byłem drugim bramkarzem, „Koszyk”, czyli Krzysiek Koszarski był pierwszym . Już nie pamiętam, czy Krzysiu złapał kontuzję i tylko dlatego dostałem swoją szansę. Zagrałem. Po ósmej, lub dziewiątej kolejce trenera Płaczka zwolnili, bowiem przegraliśmy osiem spotkań z rzędu. Drużynę przejął wówczas Jerzy Fiutowski. A wracając do debiutu, pamiętam, że padał rzęsisty deszcz. Na błocie, w strugach ulewy zagrałem niezły mecz . Tyle tylko, że kilka dni później graliśmy mecz w Pucharze Polski, w którym dostałem czerwoną kartkę. I po tym zajściu znów wróciłem na ławkę.

Ile łącznie spotkań w pierwszej lidze uzbierało się w Twojej karierze?
- Grałem od 1992 roku i przez dziesięć lat uzbierało się siedemdziesiąt parę spotkań.

Ten dorobek chyba nie zadowala Cię do końca?
- Na pewno nie. Niemniej jednak liczba moich występów ściśle wiąże się z tym, że właściwie przez całą karierę grałem w Lubinie. I trochę na tym traciłem, ponieważ kiedy przychodzili nowi zawodnicy, to po to, by grać. Działacze i trenerzy dbali o to, by na pozycji bramkarza zawsze było przynajmniej dwóch równorzędnych zawodników. Był zatem Mirek Dreszer, Jarek Bako, Kaziu Sidorczuk, Krzysiu Koszarski, Piotrek Lech, także inni. Grałem zazwyczaj wtedy, gdy dopadał ich kryzys. Tak to wyglądało.

Który z licznych konkurentów, jakich miałeś do gry w bramce, był najlepszy?
- Nie chcę oceniać w ten sposób: Ten był dobry, ten najlepszy. Każdy był trochę inny. Jarek Bako bardzo pracowity i niesamowicie skoncentrowany. To nieprawdopodobne i trudne do uwierzenia, ale kiedy przygotowywał się do meczu, nie poznawał ludzi. Był tak skoncentrowany na spotkaniu, że nic poza nim go nie interesowało. Mówiłeś do niego, a on nic. Kaziu Sidorczyk, nie tylko w klubie, miał ksywę „księgowy”. Pytał zawsze, dlaczego nie ma w Lubinie dodatku „Giełda” do Gazety Wyborczej. Zaczynał wtedy grać na giełdzie i nigdzie nie mógł dostać potrzebnych informacji. Każdy z tych bramkarzy miał w sobie coś dobrego, a teraz jak powiem, że któryś był najlepszy, to mogą mieć pretensje. Powiem więc, że z każdym mi się dobrze współpracowało. Nigdy nie miałem problemów, z każdym rywalem o miejsce w składzie się lubiłem. Może nie byliśmy wielkimi przyjaciółmi, ale nigdy też nie było problemów. Każdy z nich był dobry, bo tutaj nigdy nie było złych bramkarzy.

Nie żałujesz, że przez tyle lat byłeś w Zagłębiu i spróbowałeś swoich sił w innym zespole?
- Nie. Zawsze podkreślałem, że dobrze się tutaj czuję. Kiedy przyjechał tutaj po raz pierwszy, miałem piętnaście lat. Tęskniłem za domem. Jednak, kiedy byłem już w Gostyniu, to doznawałem dziwnego uczucia. Chciałem wracać. Było mi dobrze. Był taki okres, kiedy miałem trzyletnią przerwę od Zagłębia. Jednak, mimo iż formalnie mnie nie było tutaj, ale tak naprawdę byłem. Podświadomie wiedziałem, że do Lubina wrócę. Myślami byłem przy klubie. Przez całą karierę byłem zdania, że Zagłębie to dobry i stabilny klub. A pchać się na siłę do czegoś gorszego? Po co? Tym bardziej, że wiedziałem, że zawsze coś tutaj zagram. A takie wyjeżdżanie i obrażanie się, że się nie gra – to nie w moim stylu. Choć oczywiście byli tacy zawodnicy, którzy mieli dość siedzenia na ławce i odchodzili gdzie indziej. Tyle tylko, że niektórzy z nich później do mnie dzwonili: „Wiesz, chętnie bym wrócił” - mówili i wspominali z rozrzewnieniem czas spędzony w Lubinie, żałowali postanowienia o wyjeździe. Nie płacili im i stracili finansowo na swych decyzjach. Nie było jak teraz, że kluby płacą w terminie. Ja w Lubinie miałem o tyle komfortową sytuację, że zawsze dostawałem wypłatę na czas. Szybko się ożeniłem i miałem dziecko, dlatego potrzebowałem stabilizacji. Zaczęło się przedszkole, szkoła i nie chciałem się ruszać z miejsca, w którym mi było dobrze. Czułem i wierzyłem, że Zagłębie będzie jednym z najlepszych klubów w Polsce, że tu zostanie stworzone coś wielkiego. I się nie pomyliłem.


(Jędrzej Kędziora przez wiele lat był związany z Zagłębiem jako piłkarz. Nigdy nie żałował, że w najlepszym okresie swojej kariery nie opuścił Lubina, mimo że nie mógł liczyć na regularną grę w bramce)


KIM JEST JĘDRZEJ KĘDZIORA?



Były pierwszoligowy bramkarz, który przyszedł do Zagłębia Lubin z Kanii Gostyń w 1986 roku. Na treningi do pierwszego zespołu zaczął regularnie uczęszczać dwa lata później, jednakże na debiut musiał czekać aż cztery lata. Dopiero w sezonie 1992/93 w starciu z Szombierkami Bytom dostał swoją szansę, wcześniej terminując u boku tak znakomitych bramkarzy jak Jarosław Bako, czy Krzysztof Koszarski. Popularny "Kęda" rozegrał w tych rozgrywkach pięć spotkań, a w kolejnych był już podstawowym bramkarzem naszego klubu. Niestety, już w kolejnym sezonie Kędziorze przybył groźny konkurent w osobie Mirosława Dreszera. Po zaciętej, ale i sportowej rywalizacji szkoleniowiec Zagłębia postanowił przyznać bluzę z numerem jeden właśnie Dreszerowi. Jędrzej po rozegraniu sześciu spotkań jesienią 1994 roku w następnej rundzie został wypożyczony do drugoligowego Chrobrego Głogów. Po powrocie do Lubina przesiedział na ławce rezerwowych cały sezon 1995/96, w kolejnym rozegrał sześć spotkań, a w następnym dziesięć. Później pojawiał się na murawie jedynie sporadycznie za wyjątkiem sezonu 2001/02, gdy dwanaście razy wybiegał w podstawowym składzie naszego pierwszoligowca. Wiosną 2003 Kędziora zmuszony został opuścić nasz klub. Wtedy postanowił spróbować swoich sił w drugoligowym Ruchu Radzionków. W barwach "Cidrów" na zapleczu ekstraklasy rozegrał łącznie siedem spotkań, ale po groźnej kontuzji, jakiej doznał w ostatnich minutach starcia z Bełchatowem nie wrócił już na boisko. W najwyższej klasie rozgrywkowej zapisał na swoje konto siedemdziesiąt pięć występów. Od czerwca 2006 roku Jędrzej Kędziora z powodzeniem szkoli bramkarzy w lubińskim klubie. To człowiek bardzo pozytywnie usposobiony do otoczenia, wyluzowany, a przy tym kompetentny. W trakcie poprzedniego sezonu bardzo przeżywał każdy pojedynek z udziałem lubińskiej jedenastki. Jednak było warto. - Powoli dochodzę do siebie – tak ze śmiechem odpowiedział na pytanie, jak się czuje historycznym sukcesie w Warszawie. - Już w pierwszym roku pracy trenerskiej udało mi się zdobyć mistrzostwo. To oczywiście mój największy sukces sportowy. Aczkolwiek byłem już w Lubinie w 1991 roku. W dwóch meczach siedziałem na ławce rezerwowych. Piłka nożna nie była wtedy tak medialna i to wszystko nie wyglądało tak kolorowo. Cieszę się, że mam już dwa złote medale. Są one ukoronowaniem mojego długiego pobytu w klubie. Tych krążków mogłoby być więcej, ale nie mam też, co narzekać. Dwadzieścia jeden lat pobytu w Zagłębiu i dwa złote medale – całkiem niezły bilans – opowiada szerzej o swoich emocjach. Jędrek to pasjonat polskiej piłki. Interesuje go wszystko, co jest z nią związane. To także konsekwentny i pracowity człowiek. Na jego konto, jako trenera bramkarzy, można zapisać świetną formę prezentowaną w poprzednich rozgrywkach przez Michala Vaclavika. To bowiem „Kęda”, opiekun bramkarzy, decydował, który z trójki testowanych graczy (Vaclavik, Wojciech Kaczmarek, Martin Miszczyk) zostanie w Lubinie. - Musieliśmy podjąć decyzję właściwie po jednym treningu. Potrzebowaliśmy szybko drugiego bramkarza. Na domiar złego okazało się, że Mariusz Liberda złapał kontuzję w spotkaniu z Odrą Wodzisław. Do mnie trenerzy skierowali pierwsze pytanie o przydatność tych trzech zawodników. Najlepsze wrażenie na mnie wywarł Vaclavik. Imponował spokojem, dobrą techniką i niezła grą na przedpolu. Reszta sztabu szkoleniowego była podobnego zdania – mówi o powodach, dla których zdecydował się na Czecha. Tuż przed startem rundy rewanżowej także w głównej mierze od niego zależało, kto stanie między słupkami. – Mam swojego faworyta – mówił z tajemniczym uśmiechem. Wiosną bronił Vaclavik. A jak, to wszyscy widzieli.
Jędrek to zapalony fan zespołu Lady Pank. Jak sam mówi, gdyby nie grał w piłkę, to najpewniej zostałby muzykiem.

Rozmawiał: Wacław Wachnik/KGHM Zagłębie Lubin

część II

A w międzyczasie, gdy grałeś w Zagłębiu, miałeś jakieś oferty dotyczące zmiany klubu?
- Była taka sytuacja, że wskoczyłem do bramki za trenerskiej kadencji Pawła Kowalskiego, a grałem również u trenera Adama Topolskiego. To był 1999 rok i wtedy miałem naprawdę dobrą passę. Był, między innymi, mecz z Legią u siebie, toczony w potwornym zimnie, w którym nieźle się spisałem. Przypominam sobie, że na dziesięć rozegranych spotkań, trzy razy wybierano mnie do drużyny kolejki. I ktoś mi powiedział, że pewien klub z drugiej ligi niemieckiej wykazał zainteresowanie moją osobą. Szybko jednak okazało się, że działacze Zagłębia nie chcą mnie puścić, dlatego nie było tematu. Okazało się jednak, że jakiś czas po tym zainteresowaniu ze strony Niemców, włodarze zrobili mi tutaj niezły numer.

- Jaki?
- Wspomniany przeze mnie mecz z Legią był ostatnim w rundzie jesiennej. Rozpoczął się okres przygotowawczy i przyszedł trener Andrzej Szarmach. Drugim bramkarzem był Przemek Norko, ale praktycznie nie było go w klubie, bo ciągle dostawał powołania do reprezentacji młodzieżowej. Często wychodziło zatem tak, że na treningach byłem jedynym z bramkarzy. Dlatego na okres obozu przygotowawczego wypożyczany z Polkowic był Maciej Kijewski. Po to, żebym na zajęciach nie był sam, aczkolwiek we wszystkich sparingach grałem ja. I w tych meczach kontrolnych szło mi całkiem nieźle, także dlatego, że uczciwie przepracowałem okres przygotowawczy i to na pełnych obrotach. Jednakże na trzy dni przed zakończeniem okienka transferowego wstałem rano i strasznie mnie bolała łydka. Ból był taki, że po prostu nie mogłem stanąć na nogę. U Szarmacha treningi nie należały do lekkich. Żeby nie pogłębić urazy poszedłem go zgłosić i zasugerowałem, że powinienem jechać zrobić badania. Udałem się do znajomej rehabilitantki, a na miejscu okazało się, że to nic groźnego – zwykłe przemęczenie. Za dwa dni byłem gotowy do gry, ale, że nie było innego bramkarza w klubie, treningi odbywały się bez udziału golkiperów. I trener Szarmach stwierdził, że to jest moja wina. Dlatego działacze pojechali do Chorzowa, skąd przywieźli Piotrka Lecha, którego następnie szybko zarejestrowali. A nie po to go ściągali, że by siedział na ławce. Lech wskoczył do bramki, a ja siedziałem na ławce, mimo że przez cały okres przygotowawczy broniłem, a Piotrka wówczas nie było nawet w klubie…

- Żal do trenera Szarmacha pozostał?
- Tak. Ale nie jestem takim człowiekiem, że chowam głęboką urazę i gdybym się z nim teraz spotkał, to bym normalnie porozmawiał. Jednak ciągle pamiętam, że ciężko pracowałem, nie opuściłem żadnego treningu aż do momentu, gdy przydarzyła mi się nieprzyjemna dolegliwość. Trener postawił sprawę mojej absencji w negatywnym świetle ale ja nie miałem sobie nic do zarzucenia. Tym bardziej, że nie mogłem powiedzieć, że kontuzja wynikała z tego, że źle się prowadziłem, czy coś podobnego. Przez siedemnaście lat grania nie zapłaciłem żadnej kary. Zawsze byłem sumienny, nie folgowałem sobie na zajęciach. A najgorsze jest to, że wtedy naprawdę byłem w gazie. Za tydzień zaczynała się liga, a tymczasem przyszedł nowy bramkarz i to on staje się numerem jeden. Nie twierdzę, że nie był lepszy, bo Piotrek jest świetnym bramkarzem, ale sytuacja, w której wywalczył sobie miejsce między słupkami nie była dla mnie fair.

Sądzisz, że gdybyś grał, w momencie, w którym – jak powiedziałeś - byłeś w formie, to Twoja kariera mogła się potoczyć nieco inaczej?
- Całkiem możliwe. Teraz można jednak tylko gdybać. Wiem, że się dobrze czułem i wyglądałem nieźle, wpuszczałem mało bramek. Mam zapiski z rozegranych sparingów, a graliśmy z mocnymi przeciwnikami. Kto wie, w jakim kierunku to wszystko by się potoczyło, gdybym dostał szansę zaprezentowania się w lidze.


(Był okres, że Jędrzej Kędziora regularnie wychodził na boisko jako podstawowy bramkarz Zagłębia Lubin)

Do jakich wydarzeń związanych z Zagłębiem, najchętniej wracasz pamięcią?
- Do ostatniego Mistrzostwa Polski zdobytego już jako trener. Po tylu latach klub odniósł sukces, którego ja posmakowałem jeszcze jako zawodnik. Wtedy byłem w szerokiej kadrze i siedziałem czasem na ławce. Teraz miałem większy wkład w wynik, zresztą dziś wszystko funkcjonuje inaczej. Medialność polskiej piłki poszła znacząco do przodu, to, porównując rok 1991 z 2007, są dwie zupełnie różne epoki. Łza mi się w oku kręci, gdy pomyślę o tych niedawnych, wspaniałych chwilach. Cieszyło mnie to, kiedy kibice znowu zaczynali chodzić na nasze mecze, a frekwencja się zwiększała. Pamiętam bowiem spotkania, w których graliśmy dla garstki ludzi. Ciężko wtedy o motywację. Jednak od kilku lat klub stale szedł w górę. Muszę przyznać, że pasjonuje mnie polska piłka, wszystko, co jest z nią związane, dlatego lubię jak coś się w niej pozytywnego dzieje. Kilka lat temu byłem zdania, że w polskiej piłce, również Zagłębiu zacznie dziać się dobrze, ale muszą nastąpić potrzebne zmiany. Moi koledzy pukali się wówczas w czoło. Okazuje się jednak, że miałem rację i wszystko idzie do przodu. Mam z tego powodu sporą satysfakcję.

W końcu odszedłeś z Zagłębia, konkretnie do Ruchu Radzionków. Dlaczego?
- To było w czasach, gdy zmianie uległ Zarząd klubu. Wówczas znalazłem się na tzw. czarnej liście. Nie chcę do tego jednak wracać, bo mam jedynie podejrzenia, dlaczego tak było. Trener Adam Nawałka był za mną, powiedział, że wie, jak czasami traktuje się wychowanków, ponieważ sam tego doświadczył w Wiśle. Po zmianie trenera nie mogłem już liczyć na takie wsparcie i w końcu trener Wiesław Wojno zakomunikował mi, że nie jadę z zespołem na obóz przygotowawczy. Miałem dosłownie tydzień czasu na to, żeby coś sobie znaleźć. Akurat trafiło się tak, że do klubu przyjechał menadżer, który załatwiał transfer Brasilii. Za jego namową zdecydowałem się na transfer do Radzionkowa. To była tylko druga liga, ale, jak wspomniałem, nie miałem zbyt wiele czasu i większego wyboru. Poszedłem.

I jakie masz wrażenie po pobycie w zespole popularnych „Cidrów”?
- Wówczas trenerem był Marek Koniarek. A pierwsze wrażenia? No cóż…Była spora przepaść jeśli chodzi o organizację między Zagłębiem a Ruchem. Z drugiej jednak strony zapamiętałem, że w zespole panowała naprawdę świetna atmosfera. Miałem pewne obawy, co do tego, jak mnie przyjmie zespół. Jednak mimo, że byłem jedyny spoza Śląska, bez problemu się odnalazłem w grupie zawodników. Jeszcze w pierwszym meczu nie broniłem, ale już w kolejnym zagrałem od pierwszej minuty. Moje ostatnie, siódme spotkanie, przypadło na wyjazdową potyczkę z Bełchatowem, w bramce którego stał wtedy nasz Aleksander Ptak. Jechaliśmy tak jak na ścięcie, bowiem gospodarze dysponowali znacznie mocniejszym składem. Jednak udawało nam się utrzymywać remis, który był sukcesem Ruchu. Pamiętam, jakby to było dziś, że w osiemdziesiątej piątej minucie zerknąłem na tablicę świetlną. Chwilę później wybijałem piłkę z „piątki”. Tuż po wykopie poczułem ogromny ból przywodziciela. Okazało się, że doznałem bolesnej kontuzji. Na szczęście udało mi się dotrwać do końca meczu i to bez straty gola. Jednak w wyniku urazu, którego wówczas się nabawiłem, długo dochodziłem do zdrowia i z czasem doszedłem do wniosku, że nie mam już przyjemności z gry w piłkę. Do Lubina nie miałem szans powrotu, a nie chciałem się męczyć w innym klubie. I wtedy postanowiłem, że swoją dalszą piłkarską przyszłość oprę na zawodzie trenera.

Co robiłeś w czasie, gdy nie było Cię w Zagłębiu?
- Przebywałem w rodzinnym Gostyniu, gdzie do współpracy z klubem namówiłem majętnego człowieka. To był biznesmen, który początkowo łożył duże pieniądze na Kanię i w krótkim czasie zaczęło to wszystko interesująco wyglądać. Jednak, po początkowych sukcesach, pojawili się doradcy, którzy jak sępy zaczęli szukać korzyści dla siebie. Zaczęli mieszać w głowie sponsorowi, obiecywać złote góry, a tak naprawdę chodziło im o to, by uczknąć coś dla siebie. Wtedy postanowiłem odejść, gdyż brzydziłem się tym wszystkim i nie chciałem, by mnie później kojarzono z różnymi sytuacjami i ludźmi. Było mi przykro, że tak się stało, aczkolwiek miałem również satysfakcję z tego, że pokazałem w Gostyniu, że można coś dobrego zrobić z miejscowym klubem. A cała sytuacja w Kani zakończyła się jednak w dość niemiłej atmosferze i dlatego nie ma sensu szczegółowo wracać do tych wydarzeń. Ja z kolei postanowiłem zrobić dyplom managera sportu, zrobiłem również kurs trenera – w końcu po tylu latach grania trochę trzeba było się pouczyć. Wcześniej nie było na to czasu. I tak mi te trzy lata zeszły.

W zawodzie trenera przydała się jakimś stopniu boiskowa praktyka?
- Jasne, że tak. Ja wychodzę z założenia, że trenerem bramkarzy może zostać jedynie ktoś, kto wcześniej występował na tej pozycji. Nie ma szans, by było inaczej. Trzeba tego fachu liznąć, bowiem to specyficzny rodzaj pracy. Ciężko jest mi wyobrazić sobie trenera, który nie bronił nawet w niższej lidze. Trening i ćwiczenia przewidziane dla bramkarzy są zupełnie inne niż dla pozostałych zawodników, to diametralnie inna specyfika pracy. Naturalnie, to jedynie moje zdanie, ale chyba nie spotkamy w naszej lidze trenera bramkarzy, który wcześniej nie bronił?

Jak udaje Ci się godzić interesy dwóch równorzędnych bramkarzy: Michala Vaclavika i Olka Ptaka?
- W tym akurat mam doświadczenie, gdyż przecież przez wiele lat rywalizowałem o miejsce między słupkami z różnymi kolegami i miałem okazję przyglądać się temu, jak nasze interesy próbują godzić kolejni trenerzy. A Michal i Alek to naprawdę fajni, inteligentni ludzie. Przede wszystkim nie jest tak, że każdy z nich myśli, że jest najlepszy w swojej specjalności. Potrafią zrozumieć, że wszystko opiera się na rywalizacji. Rozmowa jest partnerska, a poza tym każdy wie ile dobrego w zeszłym sezonie Michal zrobił dla klubu, że był to kawał dobrej roboty. „Ptaszek” jest na tyle mądrym człowiekiem, że wiedział, iż na początku trudno mu będzie o miejsce w składzie. Ale jeśli „Wacek” nie będzie w formie, to nawet nie będzie dwóch zdań, do bramki wejdzie Olek. Obaj są tego świadomi. Najgorszy jest taki układ, z jakim ja się spotykałem. Na treningach byłem w lepszej formie, a kiedy przychodził mecz szedłem w odstawkę. Tutaj tego nie będzie.

Najtrudniejsza rozmowa, którą przeprowadziłeś, miała miejsce z Mariuszem Liberdą?
- Powiem szczerze, że tak. Mariusz miał ode mnie o wiele większe osiągnięcia jako zawodnik. Miałem okazję powiedzieć mu tylko osobiście, nigdy na łamach prasy, że okazał się niesamowitym profesjonalistą. Jak usiadł na ławce, to zachowywał się jak na zawodowca przystało. Nie polemizował z decyzją trenera, nie miał do nikogo pretensji. Wręcz przeciwnie, niesamowicie przeżywał wydarzenia z boiska i jego zachowanie było jak najbardziej szczere. Ponadto nie brakowało mu zapału do pracy. A kiedy się z nami pożegnał, to również uczynił to z wielką klasą. I dlatego będę go miło wspominał i mu kibicował. Pamiętam jednak, że Mariusz początkowo był zamknięty w sobie, niełatwo było do niego dotrzeć. Z czasem pokazał jednak, że można z nim pogadać o wszystkim. Michal też czekał na swoją szansę i gdy siedział na ławce, nie miał do nikogo pretensji. Podobnie teraz jest z „Ptaszkiem”. To są w moim odczuciu prawdziwi sportowcy. Potrafią razem siedzieć przy stole, żartują, wymieniają się radami. Widać, że nie robią tego na siłę, że mają szczere intencje. Nie muszę praktycznie nic robić, by regulować stosunki między nimi. Nie miałem żadnej negatywnej sytuacji z nimi związanej.

Czy w dużym stopniu Twoja opinia decyduje o tym, kto będzie bronił?
- Z trenerem Michniewiczem zawsze długo rozmawiam na temat obsady bramki. Często pyta mnie jak w mojej ocenie bramkarze prezentują się na treningach. Pomiędzy nami jest ciągły dialog, który jest po prostu potrzebny. W każdej chwili bramkarz, dotychczas siedzący na ławce, może zastąpić swojego kolegę, a ja muszę ich wszystkich dobrze przygotować do gry i oto w tym wszystkim chodzi.

Miałeś duży wpływ na ściągnięcie Ptaka do Zagłębia?
- To nie była moja decyzja, ale jak już się o tym dowiedziałem, to pozytywnie zaopiniowałem ten pomysł.

Kto jest lepszy Ptak czy Mariusz Pawełek, który także w okresie przygotowawczym był brany przez nasz klub pod uwagę?
- Ptak. W Zagłębiu są najlepsi bramkarze.

Wyczytałem w jednej z ankiet, które wypełniałeś dla nas, że gdybyś nie został piłkarzem, to byś ... śpiewał!
- Może nie śpiewał, ale grałbym w jakimś zespole muzycznym. Zawsze interesowałem się muzyką i uczęszczałem na rozmaite lekcje. Na pewno nie byłbym wokalistą, aczkolwiek mógłbym tę muzykę tworzyć i komponować. Oczywiście, od czasów, gdy interesowałem się tą materią głębiej minęło trochę czasu i pewne rzeczy pozapominałem, tym bardziej, że muzyka, jak wiele dziedzin w życiu, znacząco poszła do przodu. Myślę jednak, że poradziłbym sobie z tym, bowiem zawsze miałem łatwość przyswajania w tym temacie. Tak jak z matematyką miałem zawsze kłopoty, tak z nutami nigdy. Być może poszedłbym w tym kierunku, gdyż zawsze interesowały mnie wolne zawody.

- A jaki rodzaj muzyki preferujesz?
- Właściwie każdy.

- Twój syn ma wspaniałe warunki fizyczne. Ukierunkowujesz go na grę w piłkę?
- Nie, w ogóle tego nie robię. Zostawiam mu wolny wybór. Swego czasu chodził w Gostyniu do szkoły, która ma mocno rozwiniętą sekcję siatkówki, a że w wieku 15 lat ma 192 cm wzrostu, to zaraz został zauważony. Miał propozycję gry w seniorach tamtego zespołu. Ostatnio jednak zaczyna się przekonywać do piłki. Może będzie jeszcze z niego jakiś napastnik? Chciałbym, żeby uprawiał jakiś sport, chociaż on bardzo dobrze się też uczy i może pójdzie w tym kierunku. Niemniej jednak sport to jest najpiękniejsza rzecz jaka może być. Ale, jak powiedziałem, na nic nie będę naciskał, choć jeśli zwróci się do mnie z prośbą o pomoc, czy zapytaniem, to natychmiast to uczynię.

Gdybyś mógł cofnąć czas, to czy ponownie zostałbyś przy piłce?
- Zdecydowanie zostałbym przy piłce. Myślę, że to był dobry wybór z mojej strony. Zagłębie, jako klub, mnie ukształtował. W Lubinie dobrze się czułem i nadal tak jest, chociaż swego czasu chciałem więcej grać. Nigdy jednak nie obrażałem się na trenera za to, że sadza mnie na ławce rezerwowych. A to dlatego że wielu zawodników marzy o tych osiemdziesięciu spotkaniach w lidze, jakie zapisałem w swoim dorobku. A mimo to tego celu nie osiągają. Mnie się udało.

Rozmawiał: Wacław Wachnik/KGHM Zagłębie Lubin

_________________
Obrazek
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL

W ramach naszej strony wykorzystujemy “ciasteczka” (cookies) w celu zbierania anonimowych statystyk odwiedzających (przy pomocy AdSense) oraz obsługi sesji dla zalogowanych użytkowników i świadczenia usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu. Możesz dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dla plików cookies w swojej przeglądarce.